| |
|
|
Wspomnienie o Stanisławie Pinińskim
Zjazd Rozwadowskich - wrzesień 2009
Wspomnienie o Stasiu Pinińskim
Autor Piotr Piniński, syn Stasia

Trudno pisać o moim ojcu
tuż po śmierci kiedy, po dziewięciu latach spędzonych razem pod
jednym dachem, raptem jego nie ma. Wszystko wydaje się być banalne,
jego życiorys nie adekwatne. Ponieważ jego ojciec, Mieczysław, był
uczniem Kolegium Kalksburg w Wiedniu, i chciał, żeby syn był
wychowany na kosmopolitę, wybór Paryża jako miejsce wykształcenia
był naturalny, zważywszy na to, że Wiedeń już nie był stolicą
wielkiego imperium. A więc tak się stało, że ojciec urodził się w
1925 roku w Paryżu jako Hieronim Mieczysław Piniński, choć zawsze
nazywano go Stanisław Aleksander. Może warto zacytować opis jego
ojca, napisany przez bliską kuzynkę Annę z Wolańskich Komornicką:
„Mieczysław był dla nas dzieci wcieleniem modelowego angielskiego
lorda z dziewiętnastowiecznego romansu!”
Dom był jednak ani nie francuski ani nie angielski,
lecz polski. Pierwszy język jaki ojciec słyszał, to oczywiście
polskie kołysanki z ust swojej matki, Janiny. Polski także był
językiem na rozmowy z nianią Teklą ze Lwowa, a potem gdy był pod
opieką Władka z Warszawy. Jego życie przed wojną było najzupełniej
beztroskie, można powiedzieć, pełne luksusu. Na alei Victor Hugo
bawił się z dwiema małymi księżniczkami, Ysabel i Ariel
Faucigny-Lucinge, a jego pobliski dom na ulicy St Didier gościł jego
najbliższego przyjaciela, Gerard, syna hrabiego de Boissy d’Anglas.
Ferie zimowe spędzał w Alpach w Haute Savoie; letnie wakacje na
plaży w Bretanii, w Normandii albo na francuskiej Riwierze w Cannes
gdzie w 1935 roku, z pokoju swojego hotelu, podglądał na tarasie na
dole widok przyszłego króla Anglii, Edwarda VIII ze swoją notoryczną
kochanką, panią Simpson; także znalazł się we Lwowie gdzie w Hotelu
George’a udało mu się małą szablą otrzymaną chwilę wcześniej od
stryja, zranić twarz jednego z kelnerów; na wsi był pod nadzorem
starego choć surowego guwernanta pana Antosia Prostaka na majątkach
ojca w Rozłuczu za Starym Samborem lub w Suszczynie, Iwanówce,
Zielonej i Lesie Grzymałowskim czyli Nadwolicy w powiecie Skałackim
na rodzinnym Podolu.
Co do jego wykształcenia, chodził do szkoły Jezuitów
Gerson a potem do nie mniej elitarnego Liceum Janson de Sailly wraz
z przyszłym prezydentem Francji, Valery Giscard d’Estaing, gdzie
trudno powiedzieć, że ojciec zbyt ciężko pracował. I właśnie w
Paryżu miał pozostać by zakończyć swoje studia jako inżynier
rolniczy przed zaplanowanym powrotem na Kresy, by pomagać swojemu
ojcu w nadzorowaniu administracji majątków oraz interesów we Lwowie
które były pod świetnym zarządem zasłużonego Szymona Kaufmana.
Ale cały tamten piękny świat zakończył się z wybuchem
drugiej wojny światowej. Lipcem 1939 roku rozstał się ze swoim ojcem
który musiał pojechać do Lwowa. Dopiero sześćdziesiąt pięć lat
później, dowiedział się, że w dniu po zakończeniu wojny, został
zabity przez jugosłowiańskich komunistów w Rijece nad Adriatykiem za
to, że prowadził jego willę ‘Brunicki’ w Abbazii jako ‘skrzynkę’ dla
kurierów z Armii Krajowej, dowodzonej przez szwagra swojego,
generała Bora-Komorowskiego. Wracając do roku 1939, nie było to
zbiegiem okoliczności, że mój dziadek wysłał syna z matką do Anglii
do znajomych na trzy kolejne letnie wakacje od 1937 roku. I tam
pozostał, jako jedynaknastolatek z matką na utrzymaniu ale bez
grosza. Za pierwsze dwa semestry szkoły zapłacili szkoccy
przyjaciele rodziny, ale potem musiał przerwać szkołę by pracować na
lokalnym folwarku by zarabiać na chleb. Ale kilka miesięcy później
został przyjęty z powrotem do Eastbourne College by zakończyć
wykształcenie, tym razem bezpłatnie, gdy Panna Dunfield, osoba
odpowiedzialna za polskich uchodźców, zrobiła szkole wielką awanturę
za małostkowe nastawienie wobec aliantów. Po tych trzech latach w
brytyjskim ‘public school’ gdzie zdobył niemalże perfekcyjny akcent
oksfordzki, wstąpił do Wojska Polskiego a potem do Lotnictwa
Polskiego przy RAF-ie. Koledzy ochrzcili go przezwiskiem ‘dżemojad’
– i do końca życia miał dziwaczny sentyment do mało przekonujących
kreacji kuchni brytyjskiej, jak, na przykład, ‘jam
roly-poly’,‘eccles cake’ oraz ‘custard’. Każdy kto poznał go, szybko
zrozumiał jak bardzo kochał lotnictwo bo uwielbiał o tym rozmawiać i
wspominać, czy prędzej wykładać.
Pod koniec 1945 roku zaczął studia ekonomii na
uniwersytecie St Andrews w Szkocji, wraz z wieloma
kolegami-polakami, między innymi z przyszłym profesorem Oksfordu,
Zbyszkiem Pełczyńskim, a przyszłym ambasadorem RP przy NATO,
Andrzejem Krzeczunowiczem, z rodziny od pokoleń zaprzyjaźnionej z
własną. Jeden Szkot, Jimmy Carson, napisał, że „siedziałem w sali
wykładowej, patrząc na kolegów i koleżanki, gdy raptem zauważyłem
kogoś nowego, który najwyraźniej nie zdążył na początek roku
akademickiego. Jego wygląd był ciekawą mieszanką wysokiej kultury
osobistej i pewności siebie, ale
z dużą domieszką bezradności”. Nie był jednak na tyle bezradny by
nie poznać i ożenić się z młodą koleżanką, Jean Graham, która
studiowała historię.
W 1949 roku, po otrzymaniu dyplomu z ekonomii,
rozpoczął niezwykle udaną karierę w londyńskim City, co pozwoliło mu
odbudować pozycję materialną swojej rodziny. Uderzające jest to, że
w tamtym często, co najmniej wtedy, snobistycznym środowisku, nigdy
nie odróżniał ludzi ani nie traktował ich różnie, ze względu na
pochodzenie, pozycję społeczną, religię, czy kolor skóry, nie ważne
czy miał do czynienia z premierem, ministrami, wielkimi
biznesmenami, czy jego szoferem. Co więcej, absolutnie nie tolerował
najmniejszej dyskryminacji u innych. Nie mniej ciekawe jest to, że
zakończył swoją karierę na najwyższym stanowisku w swojej bardzo
dużej i zarazem bardzo tradycyjnej korporacji finansowej, w okresie
kiedy Anglicy za zwyczaj patrzyli mało przychylnie na obcokrajowców.
W 1999 roku zmarła moja matka. Ojciec odczekał jeden
rok zanim przyjął moje zaproszenie, by przyjechać do Polski na stałe
i mieszkać u mnie wraz z jego ukochanym wnukiem, Aleksandrem. Ale z
jego nigdy nie ustającym optymizmem, przekonał się po raz wtóry, że
Pan Bóg nad nim czuwa. Bo niedługo po jego powrocie do Polski,
trafił w ręce Jadzi Rozwadowskiej-Dembińskiej, stąd, że dzisiaj
omawiamy jego sylwetkę, bo dzięki niej, także znalazł się w orbicie
jej rodziny. Chciałbym dodać, że moi rodzice poznali Jadzię w 1994
roku, kiedy przyjechali na uroczysty pogrzeb Cioci Reni Komorowskiej
i wuja Tadzia, czyli Bora Komorowskiego, w czasie
pięćdziesięciolecia Powstania Warszawskiego. Szczególnie istotne
jest to, że matka bardzo lubiła Jadzię.
W 2005 roku ojciec obchodził swoją osiemdziesiątkę.
Przygotowaliśmy wielką imprezę dla niego. Moja siostra, Genowefa,
wpadła na genialny pomysł, by zapytać starych znajomych, czy nie
chcieliby napisać wspomnienia na temat ojca. Jimmy Carson napisał:
„Staś był, i zawsze będzie, najdoskonalszym dżentelmenem. Nigdy nie
znałem nikogo bardziej czystego w swoim sercu i w swoich myślach”.
Philip Darwin powiedział, że „Staś był jednym z tylko dwóch ludzi w
City, którzy byli na prawdę bardzo inteligentni a jednocześnie
bardzo uczciwi”. Kolejna osoba, Mary Wagstaffe, wspomniała, jak
„wszystkie miejscowe żony czekały codziennie na powrót Stasia z
pracy, patrząc przez okna na widok tego niezwykłego przystojniaka –
bo on był bardzo przystojny”. Jego szofer, Barry Foot, skomentował,
że : “Miałem dość szczególny problem z nim, bo niezależnie od tego,
jak bardzo się spóźnił, ile kłopotów mi spowodował, dwie minuty
potem jak wsiadł do samochodu, zawsze byłem w stanie mu wszystko
wybaczyć!” W przekonaniu jego trójki dzieci, następujące cechy
najbardziej go charakteryzowały: miał w sobie nieprawdopodobne
ciepło, był zawsze otwarty wobec wszystkich bez wyjątku, był mądry,
jego intencje zawsze były nieskazitelnie czyste, wypromieniował
najwyższe standardy moralne, współczuł wszystkim biednym i
bezradnym, kochał zwierzęta, miał świetne poczucie humoru, bawił się
znakomicie. Szybciutko zorientowaliśmy się, że wszyscy nasi koledzy
i koleżanki bardzo go lubili, co było dla nas powodem do dumy.
Bardzo go kochaliśmy i zawsze wiedzieliśmy, że bardzo nas kochał. Z
punktu widzenia syna, był moim najlepszym przyjacielem i
nauczycielem, i wiem, że jemu zawdzięczam wspaniały kontakt jaki mam
z moim synem. Lepszego daru nie ma. Lepszego ojca nie było.
Msza żałobna w intencji śp.
Stanisława Pinińskiego.
Piątek, 14 sierpnia 2009 r.
W imieniu mojego ojca chciałbym powiedzieć kilka słów ... Wiem, że
chciałby podziękować wszystkim którzy przyszli dzisiaj. Również,
chciałby wyrazić wdzięczność, za modlitwę tych którzy pragnęli być,
ale nie mogli. Wśród nich są jego młodsza córka Vicki z ośmiorgiem
dzieci, siostra mojej matki Doreen
Henderson, jego kuzynka Marysia Księżopolska, jego ukochany kuzyn
Jerzy Wolański, jego najstarszy przyjaciel Gerard de Boissy d’Anglas,
jego najbliżsi znajomi z lat studenckich na uniwersytecie w St
Andrews, Alan Peacock, Jimmy Carson, John Allan, Zbigniew
Pełczyński. I z młodszego pokolenia, jego synowa Mary z Badenich,
Krysia Dzieduszycka, Marcin Radziwiłł. Chciałby także podziękować
wujowi Kaziowi Badeniemu, który jako ojciec Joachim odmówił Mszę w
jego intencji u Dominikanów w Krakowie, oraz księdzu Stanisławowi
Siuzdakowi, który chciał przyjechać dzisiaj, ale na moją prośbę, bo
mój ojciec by tak chciał, pozostał u siebie i w tej chwili odprawia
Mszę w jego intencji w Babicach nad Sanem, w kościele o szczególnym
znaczeniu dla naszej rodziny. Nie wspominam o innych bliskich w
Anglii i Szkocji, bo jeszcze dzisiaj dojdzie do kremacji, a za kilka
tygodni, zgodnie z jego życzeniem, do złożenia urny do grobu mojej
matki przy prastarym kościele w Branscombe w hrabstwie Devon, gdzie
w tym momencie moja siostra Vicki się modli. Wtedy oni stamtąd mogą
pożegnać się z nim. Mimo to, przyleciał z Londynu mojego ojca brat
cioteczny, Adam Komorowski, choć dopiero wrócił z Warszawy do
Londynu; i z północnych gór Szkocji, jego siostrzeniec, mój brat
cioteczny, Bill Henderson. Ich wyjątkowy gest by bardzo poruszył
mojego ojca. Jako człowiek który prędzej myślał o innych niż o
sobie, z pewnością chciałby, żebyśmy pamiętali w naszych modlitwach
tych którzy byli ważni dla naszej rodziny, ale nie są tu obecni, bo
niedawno temu sami odeszli. Niektórzy w sędziwym wieku, jak Karla
Lanckorońska, Zosia Cielecka, Janet Graham. Niektórzy za wcześnie,
jak Jan Badeni, Piotr Sapieha, Ludwik Baworowski. No i oczywiście
jego żona, Jean Graham. W kontekście choroby mojego ojca, należy
wspomnieć o osobie niezastąpionej, która zawsze służyła pomocą. Była
to Marynika Sapieżyna. Jej kolega, Profesor Krzysztof Zieniewicz,
także. Ponadto, bezcenna okazała się pomoc Hospicjum Domowego
prowadzonego przez księdza Andrzeja ze Zgromadzenia Księży Marianów.
Sądzę, że w tym właśnie dniu, mój ojciec chciałby,
żebym wspomniał o dwóch szczególnie ważnych dla niego ludziach.
Chodzi o jego rodziców, Mieczysława i Janinę. I tu, chciałby
podziękować Szymonowi i Róży Kaufmanom, wspaniałym Polakom
pochodzenia żydowskiego, za to, że w czasie radzieckiej okupacji
Lwowa, uratowali życie jego ojca, ich wiernego przyjaciela. Wiem
również, że chciałby wybaczyć komunistom którzy zamordowali jego
ojca w Jugosławii 9-go maja 1945 roku, i nazistom którzy wcześniej
zabili jego stryja w Gross Rosen. Innym też chciałby podziękować,
Szkotom i Anglikom, którzy tak bezinteresownie pomagali mu i jego
matce w czasie wojny, zanim się dostał do lotnictwa polskiego –
Elizabeth i William Robertson Butler, Dr Suckling, Miss Dunfield,
Madame du Pré i Edna Randle. Mój ojciec nie chciałby, żebym chwalił
go. W końcu, nie trzeba. Bo wszyscy znaliśmy go. Ale może nie
wszyscy wiedzą, że był człowiekiem który zawsze uważał, że miał w
życiu dużo szczęścia. Nie wiem czy rzeczywiście. Ale czy to nie ta
cecha, która pozwoliła mu odbudować jego życie kiedy jako nastolatek
stracił ojca i wszystko co miał? Która pozwoliła mu ponownie znaleźć
szczęście po śmierci jego żony? Gdy wrócił do Polski po niezwykle
udanej karierze w londyńskim City, by spędzić ostatnie lata, już
nie, jak to miało być, po studiach w Paryżu, z powrotem do Lwowa i
rodzinnych stron pod Miodoborami na Tarnopolszczyźnie, ale tu w
Warszawie gdzie po wojnie mieszka jego najbliższa rodzina. Ile razy
przysiadł do Świątecznego stołu z Ciocią Anną Komornicką i Wujem
Jerzym Wolańskim - tyle było radości, tyle ciekawych rozmów! I jak
dla niego pięknie, że dzisiaj są tu jeszcze niektórzy z dawnych
przyjaciół z Kresów. Z Cieleckich z Hadynkowiec - Kuba i Jadzia. Z
Gromnickich z Łaskowiec – Joanna, i jej mąż Roman Dwernicki. W tym
miejscu, mój ojciec, z całą pewnością, chciałby podziękować Jadzi
Rozwadowskiej-Dembińskiej za tak dużo wspaniałych chwil w jej
towarzystwie, za tyle uśmiechów. Jako matematyk pewnie powiedziałby,
że poprawiła jego życie do potęgi, a poczucie wieku podzieliła przez
dwa! Moim zdaniem, przez jeszcze więcej! Ale może rzeczywiście mój
ojciec miał tego szczęścia dużo. Bo w sierpniu mieliśmy pojechać raz
jeszcze do jego ukochanej szkockiej wyspy Arran, gdzie po raz
pierwszy spędził wakacje z moją matką aż sześćdziesiąt lat temu, i w
prawie każdym kolejnym roku po. Ale trzeba było zmienić termin na
czerwcowy, bo jego wnuk Aleks już nie mógł w sierpniu ze względu na
wyjazd uniwersytecki. A więc, pojechaliśmy wcześniej, w czerwcu. A
to, właśnie, pozwoliło mu spędzić dwa bardzo szczęśliwe tygodnie
razem z synem, wnukiem i rodziną ze strony jego żony. Co więcej,
mógł obchodzić tam Aleksa dwudzieste pierwsze urodziny gdzie, jak
zwykle, świetnie się bawił. Ale gdyby nie ta niespodziewana zmiana
terminu, te nasze ostatnie wakacje byłyby niemożliwe. Trzeba byłoby
je odwołać. Gdyby nie ta nagła zmiana, mój ojciec by bardzo
cierpiał, uważając, niezależnie od tego co ja bym jemu powiedział,
że to właśnie on zepsuł nasze wakacje. I choć tuż po powrocie jego
siła wreszcie wygasła, jego szczęście nie. Bo w tych ostatnich
dniach, mógł widzieć się po raz ostatni z Adamem Komorowskim,
przyjechawszy na kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego ... mógł
jeszcze rozmawiać i widywać się z jego Jadzią Dembińską ... a to
wszystko w domu, u Siebie, wśród najbliższych, bo u jego boku
czuwała jego wspaniała córka Genowefa i ukochany wnuk Aleks. Nawet
nasz pies Trufla była przy nim. I wtedy, udało mu się zakończyć jego
życie kilka godzin po powrocie mojej siostry Vicki z jej wakacji,
też spędzonych na Arran, a więc im nie przeszkadzając, czego by
bardzo nie chciał ... I odszedł, spokojnie, w nocy, nikogo nie
budząc, na kilka dni przed wylotem Aleksa do Stanów, może tak, by
Aleksowi umożliwić uczestniczenie na dzisiejszym nabożeństwie. Jak
zwykle, mój ojciec nie chciał sprawiać nikomu najmniejszego kłopotu.
Jako syn jestem szczególnie wdzięczny za to, że Aleks miał to
niesłychane szczęście, by mieszkać ze swoim dziadkiem przez te
ostatnie prawie dziewięć lat, poznając go jak mało kto, dzięki temu
dziedzicząc po nim jego ciepło, jego dobro. A więc mój ojciec nie
odszedł. Bo dużo po nim zostaje. I za to, dziękuję Panu Bogu.
Pozwolę sobie powtórzyć historię, jaką opowiedział mi
we wtorek mój brat cioteczny, Simon Henderson. W sobotę wieczorem,
siedział w ogrodzie na wsi na południu Anglii. Niedaleko mój ojciec
kiedyś pracował na folwarku, patrząc na myśliwce które nad nim
latały podczas Bitwy o Anglię. Raptem mój kuzyn zauważył jeden
samotny Spitfire, samolot który ojciec wręcz kochał. Kolega mojego
brata pytał się, skąd wie, że tamten to akurat Spitfire? Simon wtedy
mu tłumaczył o swoim polskim wuju pilocie. Ale wtenczas nie miał
pojęcia, w jakim stanie był tenże wuj. Z poruszeniem ciągle
podziwiał ten samotny Spitfire który latał wysoko nad nim, niby dla
niego, który bawił się tak radośnie w błękitnym niebie, robiąc
beczki i wszystkie sztuczki o których mój ojciec uwielbiał
wspominać. W końcu samotny Spitfire odleciał w stronę zachodzącego
słońca i zniknął z widoku. Kilka godzin później odszedł mój ojciec.
Oczywiście, to tylko zbieg okoliczności. Ale jaki piękny! Jak
symbol, że należy cieszyć się aż do ostatniej chwili. Nie poddawać
się nigdy.
Sto siedem lat temu, w wieku trzydziestu siedmiu lat,
zmarł we Lwowie dziadek mojego ojca, Aleksander Piniński. Był
pochowany w rodzinnym Grzymałowie. Na czarnym granicie jego nagrobka
wyryto ostatnie słowa jego ostatniego wiersza: „ten się tylko
śmierci boi, kto ma krzywdę na sumieniu”.
A czternaście lat temu, gdy zmarł mój teść Jan Badeni, i dziesięć
lat temu, kiedy odeszła moja matka Jean, czy też kilka dni temu w
przypadku mojego ojca, ani przez chwilę nie widziałem najmniejszego
lęku. To dopiero dla nas spadek.
|
|
|
|